• ółążść‡

     Od 20.10.2021 r. trwa budowa Parafialnego Domu Spotkań i Formacji w Krośnicy. Jesteśmy wdzięczni Bogu i ludziom za każdą pomoc materialną i duchową w realizacji tego dzieła. Wszystkich ofiarodawców i dobroczyńców otaczamy swoją nieustanną modlitwą. Planujemy także uwiecznić ich w postaci pamiątkowych cegiełek, które zostaną umieszczone na zewnętrznej ścianie budynku. Póki co jednak wciąż prosimy o każdy dar i pomoc tak materialną, jak i modlitewną.    W przedsionku kościoła przy makiecie naszego parafialnego Domu można złożyć ofiarę do przygotowanej skarbonki jednocześnie zabierając pamiątkową „wizytówkę”. Ofiarę można także składać bezpośrednio na konto nr:   63 8907 1089 2002 1000 1323 0002.   Lub dla euro:   36 8907 1089 2002 1000 1323 0003.

Serdeczne BÓG ZAPŁAĆ! 

Złota myśl tygodnia

Co my zostawimy przyszłym pokoleniom? – to pytanie w poczuciu odpowiedzialności przed Bogiem stawiam sobie i Wam.

bp Paweł Stobrawa 

Na wesoło

Małżeńskie rozmowy:

- Co będziesz robiła jutro? – pyta mąż.

- Nic – odpowiada żona.

- Przecież dzisiaj nic nie robiłaś – bulwersuje się mąż.

- Ale nie skończyłam – tłumaczy żona.

 

W hotelu żona mówi do męża:

- Kochanie! Tu jest mysz.

- No i? – dziwi się mąż.

- Dzwoń na recepcję, lepiej znasz angielski niż ja!

- Hello, yes? This reception (dzień dobry, proszę? Tu recepcja)– melduje się recepcja.

- Du ju noł Tom and Dżerry? (czy ty znasz Toma i Dżerego?) – pyta mężczyzna.

- Yes, I know tchem (tak znam ich) - odpowiada recepcja.

- Dżerry is hir (Dżerry jest tutaj) – odpowiada mężczyzna.

 

Opowiadanie

Wybaczający ojciec

Posłuchaj synu: mówię to, gdy śpisz, z rączką pod policzkami i z blond włoskami rozsypanymi na czole. Sam wszedłem do twojego pokoju. Przed kilku minutami, gdy usiadłem w bibliotece, by poczytać, ogarnęła mnie fala wyrzutów i pełen winy zbliżam się do twego łóżka. Myślałem o swoim postępowaniu: dręczyłem ciebie, robiłem ci wymówki, gdy przygotowywałeś się, aby wyjść do szkoły, gdyż zamiast umyć się wczoraj, jedynie otarłeś sobie twarz ręcznikiem i zapomniałeś wyczyścić sobie buty. Zwymyślałem cię, gdy zrzuciłeś coś na podłogę. W czasie śniadania też wytykałem ci twoje uchybienia, że spadło ci coś na serwetkę, że przełykałeś chleb niczym zagłodzony zwierzak, że oparłeś się łokciami o stół, że zbyt grubo posmarowałeś masłem chleb. Gdy bawiłeś, ja przygotowywałem się do wyjścia na pociąg. Oderwałeś się od zabawy, pokiwałeś mi rączką i zawołałeś: Cześć tatulku ! A ja zmarszczyłem brwi i powiedziałem: Trzymaj się prosto.

Wszystko zaczęło się na nowo późnym popołudniem. Gdy przyszedłem z pracy, bawiłeś się klęcząc na ziemi. Zobaczyłem wtedy dziury w twych skarpetkach. Upokorzyłem cię przed kolegami, wysyłając cię do domu. Skarpety kosztują, mówiłem, gdybyś musiał je kupić je sam, obchodziłbyś się z nimi bardziej ostrożnie. Przypominasz sobie, jak wszedłeś nieśmiało do salonu, ze spuszczonymi oczami, drżąc cały po przeżytym upokorzeniu? Gdy uniosłem oczy znad gazet, zniecierpliwiony twym wtargnięciem, z wahaniem zatrzymałeś się przy drzwiach. Czego chcesz? – zapytałem ostro. Ty nic nie powiedziałeś, podbiegłeś do mnie, zarzuciłeś mi ręce na szyję i ucałowałeś mnie, a twoje rączki uścisnęły mnie z miłością, którą Bóg złożył w twoim sercu, a która – choćby i nie odwzajemniona – nigdy nie więdnie. Potem poszedłeś do swego pokoju, drepcząc wolno po schodach.

Otóż synu, zaraz potem, gdy z ręki wysunęła mi się gazeta, ogarnął mnie wielki lęk. Co się ze mną dzieje? Przyzwyczajam się do wynajdowania win, do robienia wymówek. Czy to ma być nagroda za to, że nie jesteś osoba dorosłą, że jesteś tylko dzieckiem? Dzisiejszej nocy tylko tyle. Przyszedłem tu, do twojego łóżka i uklęknąłem pełen wstydu.

Wiem, że to jest nędzne wynagrodzenie, że nie zrozumiałbyś tych spraw, gdybym ci o nich powiedział, gdy się obudzisz. Ale jutro będę dla ciebie prawdziwym tatusiem. Będę ci towarzyszył w twoich zajęciach i zabawach, będę czuł się niedobrze, gdy tobie będzie źle i śmiać się będę, gdy ty będziesz się śmiał. Ugryzę się w język, gdy do ust cisnąć mi się będą słowa zniecierpliwienia. Będę ciągle powtarzał sobie: ” On jest jeszcze dzieckiem, małym chłopczykiem! „.

Boję się naprawdę, że dotąd traktowałem cię jak osobę dorosłą. Tymczasem, gdy teraz widzę cię, synu, skulonego w łóżeczku, rozumiem że jesteś jeszcze dzieckiem. Wczoraj twoja główka spoczywała bezbronnie na ramieniu mamusi. Zawsze wymagałem od ciebie zbyt wiele…

Wymagamy zawsze zbyt wiele… od innych

 

Z nauczania pasterzy diecezji opolskiej

Na czym ma polegać Nowa Ewangelizacja? Wsłuchując się w nauczanie Ojca Świętego, Nowa Ewangelizacja to współpraca z Jezusem Chrystusem, który głosił Ewangelię i o niej świadczył. Nie może być współpracy bez życia w modlitwie. Człowiek współczesny, zagłuszany mnóstwem słów, informacji, zagoniony za ważnymi, a nieraz nawet koniecznymi sprawami, zatracił poczucie skupienia, ducha modlitwy. Eucharystia niedzielna czy świąteczna to nieraz obecność w kościele z przyzwyczajenia. Dlatego chcąc autentycznej współpracy z Chrystusem, potrzeba nam ducha modlitwy, a dopiero potem można spodziewać się skuteczności innych sposobów ewangelizacji. A zatem Nowa Ewangelizacja polega na:

- ukochaniu modlitwy w życiu osobistym i praktykowaniu jej wspólnie w rodzinie;

- wnoszeniu w szarzyznę codziennego życia Chrystusowej radości i chrześcijańskiego optymizmu – „Ufajcie, Jam jest, nie lękajcie się” (Mk 6, 50);

- wykorzystywaniu nowych metod w przekazywaniu Ewangelii;

- szczególne znaczenie mają małe grupy (Oaza, Krąg biblijny, Wspólnota rodzin itp.), które swoją obecnością ukażą piękno Dobrej Nowiny;

- zaangażowaniu laikatu (Rady Duszpasterskiej) w duszpasterskim oddziaływaniu;

- wykorzystywaniu środków masowego przekazu jako formy dotarcia do człowieka.

Są to, oczywiście, niektóre tylko sposoby ewangelizowania.

bp Paweł Stobrawa

Refleksja

W modlitwie dnia XXIII Niedzieli Zwykłej Kościół zwraca się do Boga z prośbą, aby wejrzał łaskawie na wierzących w Chrystusa i obdarzył ich prawdziwą wolnością. W ten sposób Kościół pośrednio komunikuje nam, swoim dzieciom, podstawową prawdę o wolności człowieka, że jest Bożym darem i jako taka urzeczywistnia się w przestrzeni związku człowieka z Bogiem. Bóg stworzył nas wolnymi, a kiedy ten dar utraciliśmy wskutek własnej samowoli i podeptania woli Bożej, sprawił – mocą Chrystusowego posłuszeństwa aż do śmierci – że ją odzyskaliśmy. Święty Paweł dobitnie zaznacza w Liście do Galatów (6,1) „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus”.

Inne ważkie podpowiedzi na temat „prawdziwej wolności” człowieka przekazuje nam dzisiejsza liturgia Bożego słowa. Rozpocznę od myśli zawartej w Liście św. Pawła do Filemona. Adresat listu, Filemon, zamożny Kolosanin, zawdzięcza swoje nawrócenie św. Pawłowi. I na tej podstawie zwraca się Apostoł do tego, którego począł dla Chrystusa, o ułaskawienie, obdarowanie wolnością Onezyma – zbiegłego niewolnika Filemona, którego nawrócił w rzymskim więzieniu. Apostoł daje Filemonowi do zrozumienia, że osiągnie wyższy stopień wolności przez to, że obdaruje wolnością swego niewolnika. Sam zaś o sobie św. Paweł pisze, że jest więźniem Chrystusa Jezusa i uznaje za gwarancję wolności człowieka noszenie kajdan dla Ewangelii.

Myśl o prawdziwej wolności podejmuje również dzisiejszy fragment Księgi Mądrości. Autor daje do zrozumienia, że nasza prawdziwa wolność zakłada znajomość zamysłu Bożego. Boży projekt na ludzkie szczęście jest u źródła naszej wolności i dobra. Innymi słowy nie trzeba się obawiać, że wypełnianie woli Bożej ogranicza naszą wolność. Dobitną lekcję na ten temat stanowi Kalwaria – konanie i śmierć Jezusa na krzyżu, zgodnie z wolą Ojca, jest źródłem wolności Chrystusa i naszego wyzwolenia. Chrystus nie dał się zwieść szatanowi, nie dał się skrępować i nas zbawił. Trzeba więc w trosce o trwanie w wolności zabiegać o pełnienie woli Bożej, a najpierw o poznanie Bożego zamysłu wobec nas. Tego zaś nie da się osiągnąć bez wsparcia Bożego Ducha. Dlatego jako dzieci Boże winniśmy stale wołać „Veni, Sancte Spiritus”. O ile zły duch nas spętał i stale zniewala, gdy dajemy mu posłuch, o tyle Boży Duch jest gwarancją naszej wolności i trzeba stale się nań otwierać, Bożemu Duchowi ulegać!

Do tego wszystkiego w dzisiejszej Ewangelii Jezus dopowiada: „Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.”. Nie chodzi o nienawiść do najbliższych. Mamy tu do czynienia z hebraizmem, to znaczy trudnym do zrozumienia sposobem wyrażenia tej myśli, że uczeń Jezusa stawia ponad wszystko umiłowanie Boga. Służąc Bogu, czerpiąc z Jego miłości potrafi o wiele bardziej kochać swych domowników – bo nie tylko słabą, ludzką miłością, lecz miłuje ich miłością Bożą. Dźwigając zaś swój krzyż godzi się na zamysł Boskiej Opatrzności i realizuje wolę Pana, która jest gwarancją Jego wolności.

bp Andrzej Czaja

Złota myśl tygodnia

Tylko zdrowa rodzina może dać moralnie zdrowych obywateli.

bp Paweł Stobrawa 

Na wesoło

- Mówię ci, te wakacje były niesamowite. Jadę na słoniu, patrzę do tyłu, a tu lew, patrzę obok, a tam dwa tygrysy! – chwali się kolega.

- O matko! Co zrobiłeś? – dopytuje drugi kolega.

- Nic, karuzela się zatrzymała i zszedłem.

 

- Mamo wiesz ile jest pasty do zębów w tubce? – pyta syn mamę.

- Nie synku – odpowiada mama.

- A ja wiem. Od telewizora do kanapy. – odpowiada dumny syn.

 

Święci z naszej ziemi

Błogosławiony Alojzy Liguda

Alojzy Liguda urodził się w Winowie (dziś dzielnicy Opola) 23 stycznia 1898 roku jako siódme dziecko Rozalii (z domu Przybyła) i Wojciecha Ligudy. Z datą śmierci już nie jest tak prosto. Gdyby wierzyć komendantowi obozu w Dachau, zakonnik zmarł 9 grudnia 1942 roku. Ale jak mu wierzyć, skoro w liście do matki Alojzego napisał, że przyczyną śmierci była otwarta gruźlica. Kłamał. Werbista chorował wprawdzie w obozie na zapalenie płuc, ale w chwili, gdy dołączono go do grupy przeznaczonych na śmierć, był już wyleczony. W obozowej dokumentacji jest poprawna data – 8 grudnia i prawdziwa przyczyna zgonu – utopienie.

Powodem wpisania go do grupy inwalidów skazanych na los królików doświadczalnych miała być zemsta jednego z kapo, któremu Alojzy zwrócił uwagę, że niesprawiedliwie rozdziela żywność między więźniów. Jak zaświadczył jeden z sanitariuszy, przed  śmiercią  rwano z jego ciała pasy skóry. Zwłoki więźnia numer 22604 spalono 13 grudnia w obozowym krematorium. Urnę z prochami odesłano do Winowa. Gliniane naczynie wysokie na 40 cm o średnicy 20 cm dotarło tu w lutym 1943 roku.

- Poznałem, jako proboszcz w Winowie, panią Gertrudę Baron - wspomina ks. Waldemar Klinger, obecnie proboszcz parafii katedralnej w Opolu. - Opowiadała mi, że jako dziesięcioletnie dziecko była z mamą w domu Ligudów i widziała stojącą na stole urnę, przy niej zapalone świece oraz matkę i kilkanaścioro krewnych i przyjaciół zmarłego modlących się za jego duszę. Pogrzeb odbył się wczesnym rankiem, bez śpiewów i udziału mieszkańców, jeśli nie liczyć najbliższej rodziny. Tego, by nikt nieproszony nie wszedł na cmentarz, pilnowali przy bramie przysłani z Opola funkcjonariusze gestapo.

Alojzy Liguda chrzest, Pierwszą Komunię św. i bierzmowanie przyjął w dzisiejszej katedrze, bo Winów należał do tej parafii. W kościele Świętego Krzyża odprawił też w 1927 roku pierwszą mszę św. Ale pogrzeb prowadził proboszcz (zbudowanego na początku lat 30.) kościoła w Opolu-Szczepanowicach. Urna spoczęła w rodzinnym grobie Ligudów. Naziści próbowali ten fakt ukryć i zakazali odnotowania pochówku w księgach.

Czy Alojzy mógł uniknąć losu męczennika? Prawdopodobnie niewiele zabrakło, by tak się stało. Uczył się w małym seminarium ojców werbistów w Nysie i stąd w 1917 roku został wysłany jako artylerzysta na front I wojny światowej. Po wojnie zdał maturę i wstąpił do nowicjatu w St. Gabriel pod Wiedniem. Święcenia przyjął w Wiedniu w 1927 roku. Gdyby spełnił marzenia o wyjeździe na misje do Chin lub do Nowej Gwinei, być może w ogóle uniknąłby skutków wojny. Przełożeni zdecydowali inaczej.

Powstawała właśnie polska prowincja Zgromadzenia Słowa Bożego i o. Alojzy - jako znający język - został dla jej wzmocnienia wysłany do Polski. Ojcowie przyjęli polskie obywatelstwo. W Poznaniu studiował polonistykę, pracę magisterską napisał o literackości Galla Anonima. Pracował też jako kapelan i katecheta w szkole sióstr urszulanek dla dziewcząt. Z tamtego czasu przetrwały trzy tomy bardzo dobrych kazań dla młodzieży żeńskiej, wznowionych zresztą w opolskim Wydawnictwie Świętego Krzyża w 2010 roku. Latem 1939 roku został rektorem klasztoru w Górnej Grupie. W lutym 1940 r. zaczęła się jego wędrówka przez kolejne obozy: Nowy Port w Gdańsku, Sachsenhausen, Stutthof, aż po Dachau, gdzie trafił 14 grudnia 1940 roku. Póki żył, podnosił współwięźniów na duchu. Ci, co przeżyli, wspominają, że zawsze miał na podorędziu nie tylko słowa modlitwy i pociechy, ale i nowy dowcip.

Już po wojnie okazało się, że mógł skutecznie starać się o zwolnienie z obozu. Rodzina miała obywatelstwo niemieckie, on sam był weteranem wojny, dwaj bracia polegli na froncie. Nie podpisał lojalki, bo czuł się odpowiedzialny za swoich polskich wychowanków. Mawiał podobno: „My starzy, możemy zginąć, ale oni, młodzi, muszą przeżyć”. A słów na wiatr nie rzucał.

p. Krzysztof Ogiolda 

Opowiadanie

Profesor i przewoźnik

Pewnego dnia jeden z najsławniejszych profesorów uniwersytetu, kandydat do nagrody Nobla, dotarł nad brzeg jeziora. Poprosił przewoźnika, by go wziął do swej łodzi na przejażdżkę po jeziorze. Dobry człowiek zgodził się.

Gdy byli już daleko od brzegu, profesor zaczął go wypytywać.

- Znasz historię?

- Nie! A więc jedna czwarta twego życia stracona. Znasz astronomię?

- Nie. A więc dwie czwarte twego życia poszły na marne.

- Znasz filozofię? Nie. A więc trzy czwarte twego życia są stracone. Nagle niespodziewanie zaczęła szaleć okropna burza. Łódka na środku jeziora kołysała się jak mała łupinka orzecha. Przewoźnik przekrzykując ryk wiatru zapytał profesora:

- Umie pan pływać?

- Nie – odpowiedział profesor.

- A zatem całe pana życie jest stracone…

Jest wiele dróg, zazwyczaj bardzo pięknych i pociągających,

które prowadzą do śmierci. Jedna jedyna droga jest drogą życia.

To droga Boża. Nie trać nigdy z oczu tego, co jest rzeczywiście najważniejsze. 

Z nauczania pasterzy diecezji opolskiej

O rodzinie napisano już tysiące książek i artykułów. Rodzina nie schodzi ze szpalt codziennych pism i czasopism. O problemach związanych z warunkami tej – jak się powszechnie mówi – najmniejszej komórki społeczeństwa słyszymy w radiu i telewizji. Wokół niej koncentruje się socjalna, a przynajmniej tak się mówi, troska państwa i organizacji społecznych. Rodzi się pytanie: dlaczego jest takie zainteresowanie rodziną? Na tak postawione pytanie daje nam odpowiedź Ojciec Święty: „Przyszłość ludzkości idzie przez rodzinę” (Familiaris consortio, nr 86). Stan rodziny jest niezmiernie czułym wskaźnikiem zdrowia danego społeczeństwa. Dzisiaj w Polsce dostrzegamy wiele takich pozytywnych zjawisk. Zauważyć trzeba: wzrost liczby rodzin świadomych swego chrześcijańskiego powołania i misji w Kościele i na świecie; rozwój ruchu na rzecz obrony poczętego życia; wiele rodzin w domach i w różnych grupach na modlitwie i przez wczytywanie się w teksty Pisma Świętego szuka właściwej drogi życia i wychowania. Ale nie brak również symptomów poważnego kryzysu małżeństwa i rodziny, o czym świadczy liczba rozwodów, szerzenie się praktyk antykoncepcyjnych i przerywania ciąży, problem zagubionych dzieci i młodzieży. Obok tych zagrożeń nie wolno przechodzić nam obojętnie.

bp Paweł Stobrawa

Refleksja

W modlitwie dnia XXII Niedzieli Zwykłej Kościół zwraca się do Boga z czterema bardzo konkretnymi prośbami: „Boże wszechświata… (1) zaszczep w naszych sercach miłość ku Tobie, (2) daj nam wzrost pobożności, (3) umocnij w nas wszystko, co dobre, (4) troskliwie strzeż tego, co umocniłeś”. W ten sposób Kościół prosi Boga o cztery konkretne łaski, cztery konkretne formy wsparcia. Natomiast słowo Boże dzisiejszej niedzieli niesie ze sobą bardzo konkretne pouczenie na temat stanu duszy, którego nie może zabraknąć, jeśli jakakolwiek łaska Boża ma stać się udziałem człowieka. Syracydes jednoznacznie stwierdza: „o ile wielki jesteś, o tyle się uniżaj, a znajdziesz łaskę u Pana”.

Przyjęcie Bożej łaski uniemożliwia ludzka pycha. Ten sam Autor stwierdza: „Na chorobę pyszałka nie ma lekarstwa, albowiem nasienie zła zapuściło w nim korzenie”. Potwierdza tę myśl biblijny opis tragicznego wydarzenia w raju. Obudzona w ludzkim sercu podejrzliwość wobec Boga i żądza stania się jak Bóg, wręcz stania się Bogiem, gorzko zaowocowała dostaniem się człowieka w szpony zła. Ludzka pycha sprawia, że człowiek opowiada się przeciw Bogu i tak zamyka się na Bożą łaskawość.

Rozwinięciem starotestamentalnego pouczenia jest dzisiejszy fragment z 14 rozdziału Ewangelii św. Łukasza. Zawarta w nim przypowieść Jezusa zwraca uwagę na najważniejszą łaskę Boga dla nas – łaskę ostatecznego wywyższenia. Teologia mówi o gratia patriae – łasce ojczyzny, to znaczy ostatecznego oglądania Boga twarzą w twarz (visio beatifica). Z ust Jezusa dowiadujemy się, że łaska ta domaga się od nas troski o nieustanny wzrost w postawie pokory. Jezus mówi wyraźnie: „Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony”. Dlatego radzi nam: „Jeśli cię kto zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca […], idź i usiądź na ostatnim miejscu”. Kościół przypomina nam też inną ważką radę Jezusa w aklamacji przed Ewangelią: „Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem”.

Natomiast w drugiej przypowieści z dzisiejszej Ewangelii Jezus daje nam do zrozumienia, że łaska ostatecznego wywyższenia jest tak wielka i wspaniała, że nie trzeba się martwić o odpłatę, czy wyrażenie nam wdzięczności za dobro przez nas wyświadczone na ziemi. Jeśli ludzie nie okażą nam należnej wdzięczności czy zapłaty nie trzeba popadać w zniechęcenie – łaska ostatecznego wywyższenia nas przez Boga wystarczy i nas zaspokoi – bo przekracza wszelką ludzką miarę i oczekiwanie: „Będziesz szczęśliwy, gdy ludzie nie będą mieli czym się tobie odwdzięczyć, odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych”.

bp Andrzej Czaja

Na wesoło

Żona wchodzi do kuchni i widzi swojego męża z łapką na muchy.

- Co robisz?

- Łapię muchy.

- No i ile już złapałeś?

- Trzy samce i dwie samice.

Zdziwiona, pyta się:

- A po czym je poznałeś?

- Trzy były na torcie, a dwie wisiały na telefonie.

 

Święci z naszej ziemi

Błogosławiony Józef Cebula

Józef Cebula, syn Adriana i Rozalii z d. Buhl, urodził się 23 marca 1902 r. w Malni. W latach 1916-1918 uczęszczał do seminarium na­uczycielskiego w Opolu, a od 1920 r. do Niższego Semina­rium Duchownego Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Krotoszynie; tam zdał maturę.

14 sierpnia 1921 r. rozpoczął nowicjat w tym­ zgromadzeniu. Pierwszy rok studiów filozofii i teologii odbyt w Liege w Belgii, następnie w Lu­blińcu. Wieczyste śluby zakonne złożył w roku 1925. Święcenia kapłańskie przyjął 5 lutego 1927 roku.

W latach 1923-1931 uczył w niższym semina­rium w Lublińcu, od 1931 do 1937 roku był tam superiorem, pełniąc równo­cześnie obowiązki spowiednika sióstr. Był też cenionym kaznodzieją.

W lipcu 1937 roku otrzymał nominację na superiora i mistrza no­wicjatu w Markowicach, w archidiecezji gnie­źnieńskiej.

Od początku wojny wspólnota w Markowicach była prze­śladowana. Na jej członków nałożono areszt. W październiku 1940 r. oblatów wypędzono i dachu nad głową musieli szukać w markowickich rodzinach. Jeszcze w grudniu 1939 r. zażądano, by o. Cebula wyznaczył kilku współbraci do rozbijania przydrożnych figur Matki Bożej, potem zabronio­no sprawowania funkcji kapłańskich. O. Józef nigdy nie podporządkował się tym żąda­niom. W ciągu dnia pracował jako robotnik, ale każdej nocy odprawiał Mszę św. i potajemnie, w przebraniu, niósł pociechę umierającym, udzielał ślubów, chrzcił i spowiadał. Gdy poszedł do pobliskiej wsi, by udzie­lić chorej sakramentów św., został - w wyniku donosu - aresztowany i przewieziony do obozu w Mauthausen, praw­dopodobnie z poleceniem zlikwidowania go. Był traktowany szczególnie okrutnie. Został przydzielony do karnej kompanii pracującej w kamieniołomie. Przy pracy kazano mu śpiewać prefację i bito go. Świadkowie stwier­dzają, że zachowywał się z godnością, która robi­ła wrażenie także na niemieckich kry­minalistach.

Z obozu próbowali go wydobyć - bezskutecznie - lublinieccy Niemcy, świadcząc, że jako ksiądz służył Niemcom i Polakom. W jego obronie wystąpił proboszcz w Otmęcie, ks. Hubert Demczak, a nawet  Ortsgruppenleiter z Malni. Bez rezultatu.

Zachowały się świadectwa współwięźniów o ojcu Józefie. Salezjanin, ks. Wiktor Spinka zanotował: „Ks. Cebula przybył do obozu koncentracyj­nego w Mauthausen 7 kwietnia 1941 roku. Zanim go przydzie­lono na blok 7/1, przeszedł przez ciężkie tortury w czasie przebie­rania w ubranie obozowe - dre­lichy i pasiaki - w łaźni, w ka­merze. Kilku esesmanów skopa­ło go, a 12 współwięźniom pra­cującym w kamerze esesmani kazali go bić. (...) Kilka minut po przyjściu ks. Cebuli na blok dwóch esesmanów wpadło z grubymi pałkami. W brutalny sposób wciągnęli go do umywalni i tam bito go ponad godzinę, aż do kil­kakrotnej utraty przytomności. Potem dano mu sznur, proponując, aby się powiesił, skoro i tak musi umrzeć. W nocy znowu zwleczono go z łóżka, za­ciągnięto do umywalni, gdzie bito go długi czas. Takie sceny powtarzały się kilkanaście razy.

- Na jego ciele nie było ani jednego miej­sca, które nie byłoby sine, wspominał inny więzień.  - Któregoś dnia wyglą­dał tak, jak gdyby wstąpiły w niego nowe siły. Sta­nął przed krzyczącym i bijącym go esesmanem. Z jego twarzy bił taki majestat, że tamten mimo woli umilkł, a o. Cebula mówił: „Żebyś wiedział, błaźnie, jaki ty śmieszny jesteś w swoim podskakiwa­niu i krzyku. I cóż możesz uczynić? Tylko zabić. To potrafi byle dureń. Lecz jest Ktoś wyższy, kto sądzi czyny ludzkie. Jest Ktoś, kto zna sprawiedli­wość".

Wreszcie 28 kwietnia 1941 roku zawleczono go do pracy w ka­mieniołomach, gdzie stale był zatrudniony. Tam Oberscharführer Spatz i kapo kazali mu prze­chadzać się w obrębie strefy zakazanej, a potem padał roz­kaz „w tył zwrot". Gdy w pewnym momencie po raz kolejny do­szedł do tej strefy, kazano mu iść naprzód. Osiem kul ugo­dziło go w pierś, głowę i szyję. Żył jeszcze tylko kilka godzin.

p. Krzysztof Ogiolda

 

Opowiadanie

Przygoda na pustyni

Pewien człowiek zabłądził na pustyni i od dwóch dni wędrował wśród nie kończących się, rozgrzanych słońcem piachów. Był już u kresu sił.

Niespodziewanie ujrzał przed sobą sprzedawcę krawatów. Nie miał on przy sobie nic innego - jedynie mnóstwo krawatów. I natychmiast próbował sprzedać jeden z nich człowiekowi umierającemu z pragnienia. Wyczerpanemu i spragnionemu wędrowcy handlarz wydał się szalony:

Czyż ktoś przy zdrowych zmysłach próbowałby sprzedać krawat człowiekowi łaknącemu jedynie wody?

Sprzedawca wzruszył obojętnie ramionami i ruszył w dalszą drogę.

Przed zapadnięciem zmroku znużony wędrowiec, już z wielkim trudem poruszający zbolałymi nogami, uniósł głowę i osłupiał: znajdował się przed elegancką restauracją, obok której stał szereg samochodów! Budynek był okazały, a dookoła niego rozciągała się pustynia.

Z trudem dowlókł się do drzwi restauracji i prawie mdlejąc z pragnienia wyszeptał:

- Litości, wody!

- Przykro mi, proszę pana, - rzekł ze współczuciem uprzejmy szwajcar - nie przyjmujemy gości bez krawatów.

Są osoby przemierzające pustynię swego życia

z ogromnym pragnieniem przyjemnych doznań.

Za głupców uważają tych, którzy chcą ich zapoznać z Ewangelią.

Jest to posłanie zbyt zaskakujące dla ich pustyni!

Lecz kiedy zapragną wejść do "Hotelu Pana", zostanie im powiedziane:

"Przykro mi, tutaj nie można wstąpić bez odnowionego serca".

MODLITWA SYNODALNA

W Kościele rozpoczął się (10.10.2021) Synod o synodalności. Sygnalizując na razie to ważne wydarzenie zachęcam wszystkich do modlitwy w tej intencji słowami św. Izydora:

     Stajemy przed Tobą, Duchu Święty, zgromadzeni w Imię Twoje. Z Tobą jedynie, który nas prowadzisz; zamieszkaj w naszych sercach, naucz nas drogi, którą mamy iść i jak mamy nią podążać. Jesteśmy słabi i grzeszni, nie dozwól, abyśmy wprowadzali nieład. Nie pozwól, by niewiedza sprowadziła nas na niewłaściwą drogę, albo stronniczość wpływała na nasze działania. Niech w Tobie odnajdziemy naszą jedność, abyśmy mogli razem podążać do życia wiecznego, i abyśmy nie zbaczali z drogi prawdy i tego, co jest słuszne. O to wszystko prosimy Ciebie, który działasz w każdym miejscu i czasie, w komunii Ojca i Syna, na wieki wieków. Amen.

Opowiadanie

Wizyta

Codziennie w południe pewien młody człowiek zjawiał się przy drzwiach kościoła i po kilku minutach odchodził. Nosił kraciastą koszulę i podarte dżinsy, tak jak wszyscy chłopcy w jego wieku. Miał w ręku papierową torebkę z bułkami na obiad. Proboszcz, trochę nieufny zapytał go kiedyś, po co tu przychodzi. Wiadomo, że w obecnych czasach istnieją ludzie, którzy okradają również kościoły.

- Przychodzę pomodlić się - odpowiedział chłopak.

- Pomodlić się... Jak możesz modlić się tak szybko? – powątpiewał kapłan.

- Och... codziennie zjawiam się w tym kościele w południe i mówię tylko:
"Jezu, przyszedł Jerzy", potem odchodzę. To maleńka modlitwa, ale jestem pewien, że On słucha – odpowiedział chłopak.

W kilka dni później, w wyniku wypadku przy pracy, chłopak został przewieziony do szpitala z bardzo bolesnymi złamaniami. Umieszczono go w pokoju razem z innymi chorymi. Jego przybycie zmieniło oddział. Po kilku dniach, jego pokój stał się miejscem spotkań pacjentów z tego samego korytarza. Młodzi i starzy spotykali się przy jego łóżku, a on miał uśmiech i słowo otuchy dla każdego.            

Przyszedł odwiedzić go również proboszcz i w towarzystwie pielęgniarki stanął przy łóżku chłopaka.

-Powiedziano mi, że jesteś cały pokiereszowany, ale że pomimo to wszystkim dodajesz otuchy. Jak to robisz? – zapytał kapłan.

-To dzięki Komuś, Kto przychodzi odwiedzić mnie w południe – odpowiedział Jerzy.

Pielęgniarka przerwała mu: Tu nikt nie przychodzi w południe...
Odparł szybko: O, tak! Przychodzi tu codziennie i stając w drzwiach mówi: "Jerzy, to Ja, Jezus"- i odchodzi.

Opowiadanie

Milczenie

- Dość! Mam ich naprawdę dość!

Wszyscy w niebie wstrzymali oddech. Nikt nie widział nigdy dotąd tak zagniewanego Jezusa. To właśnie On grzmiącym głosem okazał swój boski gniew.

- Przez trzydzieści trzy lata przebywałem wśród ludzi, mówiłem im wielokrotnie, że czyny są tysiąc razy ważniejsze od słów. Dlatego zostałem ukrzyżowany. Tłumaczyłem na wszystkie sposoby, że to nie po słowach i pustych ceremoniach będą oceniali moich uczniów, ale po tym, w jaki sposób będą okazywać miłość.  Prawie nikt tego nie zrozumiał! Głoszą kazania, śpiewają wzruszające hymny, uczestniczą w przejmujących nabożeństwach, a tak mało czynią!

- Co zamierzasz zrobić, Jezu? – spytał nieśmiało jakiś anioł.

- Odbiorę im mowę… Jak to się stało z Zachariaszem, ojcem Jana Chrzciciela!

Tak zdecydował Jezus i odebrał wszystkim chrześcijanom zdolność mówienia. Nagle w całym świecie wśród wszystkich wierzących w Chrystusa zapanowało wielkie milczenie.

W pierwszym momencie ludzie zdumieli się. Wielu pobiegło do aptek, by kupić syrop i pastylki na ból gardła. Popyt na zioła i miód też był ogromny. Potem zaczęto się martwić, aż w końcu ludzi ogarnęło przerażenie. Jak mogli modlić się bez słów? Jak mogli powiedzieć Jezusowi i bliźnim, że ich kochają? Wielcy teolodzy nie mogli nawet wypowiedzieć słowa „transsubstancjacja” (czyli „przeistoczenie”), a kaznodzieje bez wzniosłych określeń i głębokich pojęć czuli się bezrobotni. Zwykli ludzie nie potrafili się kłócić. Co gorsza, nie wiedzieli, jak wyrazić solidarność, pociechę, współczucie i jedność. W wyniku przemyśleń doszli do prostego wniosku: „To, czego nie możemy wypowiedzieć słowami, możemy przekazać za pomocą czynów”.

Wielu tak właśnie sądziło. Wybitni mistrzowie słowa stali się spontaniczni i szczerzy, nauczyli się wyrażać siebie, posługując się spojrzeniem, uśmiechem, czułością, gestami dobroci. Na wydziałach teologicznych uniwersytetów otwarto stołówki i schroniska dla biednych i bezdomnych. Również nauka katechizmu stała się radosna, przeplatana zabawą. Wielu czuło się zawstydzonych, wspominając, jak łatwo kłamało się za pomocą słów. W niektórych gazetach ukazały się artykułu zatytułowane „Patrzcie, jak oni się miłują!”.

Coraz więcej ludzi uznawało taki sposób wyrażania wiary za bardzo interesujący. Przyciągała ich atmosfera przyjaźni, pokoju, prawdziwej gościnności, jaką oddychało się wśród uczniów Jezusa. Gdy po pewnym czasie Jezus zwrócił im możliwość posługiwania się słowami, byli niemal zasmuceni. W czasie wielkiego milczenia doświadczyli, ile czułości jest w wierze chrześcijańskiej.

Opowiadanie

Łza pustyni

W Marrakeszu pewien misjonarz zauważył leżącego człowieka, który głaskał ręką piasek, a ucho przykładał do ziemi. Misjonarz zainteresowany tym dziwnym zachowaniem, zapytał:

- Co pan robi?

- Towarzyszę pustyni i łączę się z nią w jej samotności i płaczu

- Nie wiedziałem, że pustynia płacze.

- Płacze każdego dnia. Ma wielkie pragnienie – chciałaby być pożyteczna dla człowieka i zamieniać się w ogromny ogród, w którym byłoby uprawiane zboże, rosłyby kwiaty oraz pasałyby się owce.

- Mam do pana prośbę. Proszę powiedzieć pustyni, że rolę, która została jej powierzona, wypełnia bardzo dobrze. Jej otwarta przestrzeń pozwala mi zrozumieć, jak mali jesteśmy przed Bogiem. Kiedy patrzę na jej piasek, wyobrażam sobie miliony ludzi, którzy zostali stworzeni jako równi sobie, i myślę, że nie zawsze świat traktuje ich w sposób jednakowy. Wzniesienia pustynne pomagają mi medytować. Kiedy widzę wschodzące na horyzoncie słońce, moja dusza wypełnia się radością, a ja czuję się bliżej Boga.

Następnego ranka misjonarz ponownie spotkał mężczyznę w tym samym miejscu i w tej samej pozycji.

- Czy przekazał pan pustyni wszystko to, co wczoraj jej przekazałem?

Człowiek przytaknął głową.

- I nadal płacze?

- Tak. Teraz płacze, ponieważ tysiące lat żyła w przekonaniu, że jest całkowicie bezużyteczna, i cały ten czas zmarnowała na przeklinaniu Boga i swojego losu.

- Niech więc pan jej powie, że również człowiek często sądzi, że jest bezużyteczny. Rzadko odkrywa sens swojego przeznaczenia i myśli, że Bóg był wobec niego niesprawiedliwy.

- Nie wiem, czy pustynię przekonają te argumenty – powiedział człowiek

- Doszliśmy do chwili, aby zrobić to, co czynię wtedy, kiedy mam wrażenie, że ludzie stracili już nadzieję. Pomódlmy się.

Uklękli i obaj się pomodlili.

Następnego dnia, kiedy misjonarz odbywał poranny spacer, w miejscu, w którym wcześniej spotykał owego człowieka wytrysnęło źródło. W kolejnych miesiącach stawało się coraz większe i mieszkańcy okolicy wybudowali wokół niego studnię.

Beduini nazwali tę studnię Łzą Pustyni. Mówią, że wszyscy, którzy piją z niej wodę, potrafią zamienić swoje cierpienie w powód do radości.

Plan

Podczas Wniebowstąpienia Jezus rzucił okiem w kierunku ziemi znikającej w ciemności. Tylko nieliczne, maleńkie światła błyszczały nieśmiało w mieście Jeruzalem. Archanioł Gabriel, który przybył na powitanie Jezusa, zapytał:

- Panie, co to za światełka?

- To moi uczniowie, zgromadzeni na modlitwie wokół mojej Matki. Mam plan, że jak tylko wstąpię do nieba, wyślę im mojego Ducha Świętego, aby te drżące płomyczki stały się nieugaszonym ogniem, powoli rozpalającym miłość wśród wszystkich narodów ziemi!

Archanioł Gabriel ośmielił się ponownie zapytać:

- A co zrobisz, Panie, jeśli ten plan się nie powiedzie?

Po chwili ciszy Pan odpowiedział mu łagodnie:

- Ale Ja nie mam innego planu...

 

Jesteś małą lampeczką, drżącą pośród niezmierzonego mroku. Ale stanowisz część Bożego planu. I jesteś niezastąpiony. Ponieważ nie ma innego planu.

Ideały

Pewien mistrz uczył, że nie można żyć bez ideałów, celu, marzeń. Aby wytłumaczyć nieustraszonemu młodzieńcowi niezbędność ideałów, wskazał mu błękitną linię horyzontu.

- Tam masz dojść, to twój cel!

Młodzieniec szedł szybkim krokiem. Dotarł do pierwszych wzgórz, ale błękitna linia przesunęła się na górski łańcuch. Młodzieniec ruszył w dalszą drogę, ale błękitna linia była już za górami, na końcu rozległej niziny. Rozczarowany wrócił do mistrza.

- Gdy robię dziesięć kroków, horyzont także przesuwa się do dziesięć kroków. Jak długo bym nie szedł, nigdy do niego nie dojdę!

- Tak, tak właśnie jest!

- Po co zatem ideały?

- Właśnie po to, aby cały czas iść.

Kiedy rzeka przestaje płynąć, staje się bagnem. Podobnie dzieje się z człowiekiem.

Drwale       

Dwóch drwali pracowało w tym samym lesie przy wyrębie drzew. Pnie drzew były ogromne, wytrzymałe i mocne. Obaj używali swych siekier z taką samą wprawą, ale każdy z nich używał innej techniki. Pierwszy uderzał w drzewo z niesłychaną wytrwałością, raz za razem, nie zatrzymując się, chyba że tylko na kilka sekund, by złapać oddech.

Drugi co godzinę robił przerwę w pracy.

O zmierzchu pierwszy był w połowie dzieła. Napocił się porządnie i nie dałby rady pracować nawet pięciu minut dłużej.

Drugi, choć to niewiarygodne, kończył ścinanie swego drzewa. Rozpoczęli razem i obydwa drzewa były dokładnie takie same.

Pierwszy nie wierzył własnym oczom.

- Nic z tego nie rozumiem! Co godzinę odpoczywałeś. Jak to możliwe, że skończyłeś tak szybko?

Tamten odparł z uśmiechem:

- Widziałeś, że co godzinę robiłem sobie odpoczynek. Nie zauważyłeś jednak, że wolny czas wykorzystywałem, aby podostrzyć siekierę.

Twój duch jest jak siekiera. Nie pozwalaj mu zardzewieć. Ostrz go trochę każdego dnia.

1. Zatrzymaj się na dziesięć minut, aby posłuchać muzyki.

2. Gdy tylko możesz, spaceruj.

3. Uściśnij każdego dnia drogie Ci osoby i powiedz każdej z nich: „Kocham cię”.

Menu

Statystyki






statystyka

Wyszukiwanie

 

Dzisiaj jest

niedziela,
25 września 2022

(268. dzień roku)

Święta

Niedziela, XXVI Tydzień zwykły
Rok C, II
Dwudziesta Szósta Niedziela zwykła

 

Sonda



Licznik

Liczba wyświetleń strony:
1915408

Zegar