• ółążść‡

Refleksja

„Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy”.

Słowa Chrystusa o winnym krzewie i latoroślach przyjmujemy z radością, ale też i z lękiem. Radość bierze się stąd, że Chrystus zapragnął zjednoczyć się z nami. Jesteśmy nie tylko Jego wyznawcami, uczniami, naśladowcami, ale należymy do Niego tak ściśle, jak gałąź do krzewu. Możemy w Nim trwać, a to coś o wiele więcej, niż być blisko Niego. Trwanie w Chrystusie nie jest jednak stanem tymczasowym. Jeśli ktoś chce być uczniem Jezusa, nadać swemu życiu głębszy sens i wydać owoce, to nie może być wierzącym „od czasu do czasu”, ale raz podjąwszy decyzję, musi konsekwentnie trwać w komunii z Panem.

Lęk natomiast rodzi stwierdzenie, że wśród latorośli nie wszystkie są żywe i owocują. Istnieją także gałęzie uschnięte, bezowocne. Możemy nie odpowiedzieć na pragnienie Jezusa i odrzucić komunię, którą nam proponuje. Możemy próbować układać sobie życie w oderwaniu od krzewu, jakim jest On sam, w oparciu o własne moce i zamiary. Ale czy będziemy zdolni przynosić owoce?

Dzisiaj wielu ludzi, zwłaszcza młodych, skarży się na nijakość swego życia i na wewnętrzną pustkę, przeżywa smutek, znudzenie i rozczarowanie sobą. Nie widzi dla siebie żadnych perspektyw. Czy nie jest to stan usychania daleko od Chrystusa? Czy ta bezsilność i bezowocność nie bierze się z odłączenia od winnego krzewu?

Chrystus nikogo nie zawiódł. Z Nim nikt nie przegrał życia. Prawdę tę poświadczają święci, którzy zachwycają nas pięknem swego człowieczeństwa i wielkością swej miłości.

ks. Zbigniew Sobolewski

Na wesoło

W czasie rejsu blondynka próbuje nawiązać rozmowę z siedzącym obok księdzem:

- Przepraszam, czy pan też płynie tym statkiem?

 

Podczas seansu kinowego pewien pan szturcha swego sąsiada:

- Mógłby pan łaskawie przestać wreszcie chrapać?

- Hmm. Ten film jest taki nudny, niech mi pan nie mówi, że się panu podoba...

- Nie nie, ale przez pana nie mogę spać!


Opowiadanie

Punkt widzenia

Dwa wróble siedziały zgodnie wśród gałęzi wierzby. Jeden usadowił się na czubku drzewa, drugi umieścił się dużo niżej, w zacisznym rozwidleniu gałązek.

Po pewnym czasie wróbelek siedzący na górze, chcąc zawrzeć znajomość z drugim, powiedział:

- Och, jakie piękne są te zielone liście!

Wróbelek z dołu uznał to za prowokację i odparł sucho:

- Czy jesteś ślepy? Nie widzisz, że te liście są białe?

Ten z góry krzyknął zdenerwowany:

- Sam jesteś ślepy! Liście są zielone!

Wróbel siedzący na dole uniósł dziób i stwierdził:

- Założę się o pióra z mojego ogona, że te liście są białe. A ty nic nie rozumiesz. Głupi jesteś!

W tym momencie wróbelek z góry poczuł, że krew się w nim gotuje i nie namyślając się długo, sfrunął ku swemu przeciwnikowi, aby dać mu nauczkę. Ten zaś nawet nie drgnął. Kiedy tak dwa wróbelki siedziały naprzeciwko siebie, z piórami nastroszonymi ze złości, przed rozpoczęciem pojedynku miały jeszcze tyle rozsądku, by spojrzeć w górę.

Wróbelek, który sfrunął ze szczytu wierzby, zawołał ze zdziwieniem:

- Och! Zobacz, te liście naprawdę są białe! Polećmy tam, gdzie siedziałem przedtem!

Oba wróble zgodnie orzekły:

- Te liście są zielone!

Nie osądzaj nikogo, jeżeli przedtem nie maszerowałeś przez godzinę w jego butach  

Refleksja

„Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy”.

Słowa Chrystusa o winnym krzewie i latoroślach przyjmujemy z radością, ale też i z lękiem. Radość bierze się stąd, że Chrystus zapragnął zjednoczyć się z nami. Jesteśmy nie tylko Jego wyznawcami, uczniami, naśladowcami, ale należymy do Niego tak ściśle, jak gałąź do krzewu. Możemy w Nim trwać, a to coś o wiele więcej, niż być blisko Niego. Trwanie w Chrystusie nie jest jednak stanem tymczasowym. Jeśli ktoś chce być uczniem Jezusa, nadać swemu życiu głębszy sens i wydać owoce, to nie może być wierzącym „od czasu do czasu”, ale raz podjąwszy decyzję, musi konsekwentnie trwać w komunii z Panem.

Lęk natomiast rodzi stwierdzenie, że wśród latorośli nie wszystkie są żywe i owocują. Istnieją także gałęzie uschnięte, bezowocne. Możemy nie odpowiedzieć na pragnienie Jezusa i odrzucić komunię, którą nam proponuje. Możemy próbować układać sobie życie w oderwaniu od krzewu, jakim jest On sam, w oparciu o własne moce i zamiary. Ale czy będziemy zdolni przynosić owoce?

Dzisiaj wielu ludzi, zwłaszcza młodych, skarży się na nijakość swego życia i na wewnętrzną pustkę, przeżywa smutek, znudzenie i rozczarowanie sobą. Nie widzi dla siebie żadnych perspektyw. Czy nie jest to stan usychania daleko od Chrystusa? Czy ta bezsilność i bezowocność nie bierze się z odłączenia od winnego krzewu?

Chrystus nikogo nie zawiódł. Z Nim nikt nie przegrał życia. Prawdę tę poświadczają święci, którzy zachwycają nas pięknem swego człowieczeństwa i wielkością swej miłości.

ks. Zbigniew Sobolewski

Na wesoło

W czasie rejsu blondynka próbuje nawiązać rozmowę z siedzącym obok księdzem:

- Przepraszam, czy pan też płynie tym statkiem?

 

Podczas seansu kinowego pewien pan szturcha swego sąsiada:

- Mógłby pan łaskawie przestać wreszcie chrapać?

- Hmm. Ten film jest taki nudny, niech mi pan nie mówi, że się panu podoba...

- Nie nie, ale przez pana nie mogę spać!


Opowiadanie

Punkt widzenia

Dwa wróble siedziały zgodnie wśród gałęzi wierzby. Jeden usadowił się na czubku drzewa, drugi umieścił się dużo niżej, w zacisznym rozwidleniu gałązek.

Po pewnym czasie wróbelek siedzący na górze, chcąc zawrzeć znajomość z drugim, powiedział:

- Och, jakie piękne są te zielone liście!

Wróbelek z dołu uznał to za prowokację i odparł sucho:

- Czy jesteś ślepy? Nie widzisz, że te liście są białe?

Ten z góry krzyknął zdenerwowany:

- Sam jesteś ślepy! Liście są zielone!

Wróbel siedzący na dole uniósł dziób i stwierdził:

- Założę się o pióra z mojego ogona, że te liście są białe. A ty nic nie rozumiesz. Głupi jesteś!

W tym momencie wróbelek z góry poczuł, że krew się w nim gotuje i nie namyślając się długo, sfrunął ku swemu przeciwnikowi, aby dać mu nauczkę. Ten zaś nawet nie drgnął. Kiedy tak dwa wróbelki siedziały naprzeciwko siebie, z piórami nastroszonymi ze złości, przed rozpoczęciem pojedynku miały jeszcze tyle rozsądku, by spojrzeć w górę.

Wróbelek, który sfrunął ze szczytu wierzby, zawołał ze zdziwieniem:

- Och! Zobacz, te liście naprawdę są białe! Polećmy tam, gdzie siedziałem przedtem!

Oba wróble zgodnie orzekły:

- Te liście są zielone!

Nie osądzaj nikogo, jeżeli przedtem nie maszerowałeś przez godzinę w jego butach  

Refleksja

Czwarta Niedziela Wielkanocna nazywana jest Niedzielą Dobrego Pasterza. Rozpoczyna ona tydzień modlitw o powołania kapłańskie i zakonne. Jezus, Syn Boży, przedstawia się jako Dobry Pasterz, który troszczył się o swoją owczarnię. Posiada On władzę od Ojca, z którym stanowi jedność. Jezus odrzuca posłannictwo polityczne i ogłasza królestwo Bożego oparte o przykazanie miłości, którego granicę stanowi wiara w Niego. Natomiast do swojego królestwa zaprasza każdego, kto pragnie wypełniać wolę Ojca wyrażoną w ewangelicznej nauce.

Misję Dobrego Pasterza mają kontynuować na ziemi wyświęceni kapłani. Istnieje kapłaństwo powszechne, w którym otrzymują udział wszyscy ochrzczeni, i kapłaństwo urzędowe, zwane też służebnym, które jest przekazywane przez sakrament święceń. Kapłaństwo powszechne uzdalnia i zobowiązuje wiernych do udziału w kulcie Bożym. Kapłaństwo urzędowe udziela natomiast świętej władzy, mocą której kapłani służą ludowi Bożemu przez nauczanie, sprawowanie kultu Bożego i duszpasterstwo. Kapłaństwo zostało ustanowione dla ludzi, którzy potrzebują zbawienia.

Bóg sam wybiera człowieka, a „odpowiedzieć na powołanie znaczy pozwolić wprowadzić się na drogę wiodącą do Chrystusa” – zauważa papież Franciszek. Kapłaństwo nie opiera się na naturalnych zaletach lub osobistych osiągnięciach któregokolwiek z powołanych. To przede wszystkim życie eucharystyczne. Pismo Święte mówi otwarcie o ociężałości Dwunastu, o ich chwiejności i niewierności. Ich powołanie pochodziło wyłącznie z wolnego wyboru Jezusa. Jako reprezentanci Jezusa kapłani wciąż od nowa, sprawując Eucharystię, uobecniają Jego zbawcze wydanie się na śmierć. I w ten sposób wypełniają testament Mistrza: „To czyńcie na moją pamiątkę”.

ks. Leszek Smoliński 

Złota myśl tygodnia

Wierni oczekują od kapłanów tylko jednego, aby byli specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem (Benedykt XVI)

 

Opowiadanie

Niezdarny żółw

Pewnego dnia w odległej dolinie zaczął padać deszcz i padał tak długo, że cała wieś została zalana. Jeszcze trochę i sponad ciągle przybierającej wody widać by było jedynie szczyty gór.

Nagle dał się słyszeć płacz. To płakał żółw: najpowolniejszy i najmniej rozsądny ze wszystkich żółwi na świecie.

- Dlaczego płaczesz? - zapytała przelatująca ponad nim gęś.

- Tonę - zaszlochał żółw. - Tobie to dobrze, potrafisz fruwać. Ale moje nogi są tak krótkie, że dotarcie do szczytu góry zajmie mi co najmniej miesiąc!

- A cóż to za ceregiele? - ucięła krótko gęś. - Zawołam moją siostrę i razem zaniesiemy cię na górę!

Gdy gęsi powróciły, woda sięgała już szyi żółwia. Zniżyły lot, trzymając w dziobach giętką gałązkę. Żółw uchwycił za nią i z głośnym szumem skrzydeł gęsi wzniosły się w powietrze.

Leciały tak ponad wodą w stronę gór, gdzie schroniła się już cała grupa żółwi. Bowiem inne, mądrzejsze żółwie, kiedy tylko zauważyły, że poziom wody zaczyna wzrastać, natychmiast wyruszyły w góry. mimo to teraz były bardzo zadowolone widząc dwa lecące ptaki, które uratowały najpowolniejszego, głupiutkiego żółwia. Zaczęły wznosić okrzyki radości i chórem zaśpiewały na cześć odważnych ptaków.

- Niech żyją! Hurra! Śpiewajmy dla bohaterskich gęsi!

Znajdując się jeszcze w powietrzu, najpowolniejszy i najgłupszy żółw także zapragnął dołączyć do chóru swych braci. Otworzył pyszczek, którym trzymał gałąź i zaśpiewał: - Hip, hip, hurra... aaach!!!

Nie jest łatwo nauczyć się panować nad własnym językiem  

 

Nauczanie papieskie o Eucharystii

„Każda Msza, choćby prywatnie odprawiana przez kapłana, nie jest jednak prywatną, lecz jest czynnością Chrystusa i Kościoła. Składając tę Ofiarę, Kościół uczy się składać w niej samego siebie jako ofiarę powszechną i całemu światu na zbawienie przydziela jedyną i nieskończoną moc odkupieńczą ofiary Krzyża. Każdą bowiem odprawianą Mszę ofiaruje się nie tylko na zbawienie niektórych, lecz również całego świata” (św. Paweł VI).

Refleksja

„Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba. A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: Pokój wam! Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha”.

Możesz nosić w sobie wspomnienie spotkania z Jezusem. To wspomnienie może być tak żywe i barwne, że nie potrafisz zatrzymać Go dla siebie, ale opowiadasz o nim, bo gdzieś z tyłu głowy masz przekonanie, że to nie jest zarezerwowane tylko dla ciebie. Czy nie działo się tak, gdy uczestniczyliśmy w jakiejś pielgrzymce albo wysłuchaliśmy intrygującego kazania? I dobrze! Naszym świadectwem wzmacniamy wiarę w sercach ludzi, których spotykamy, a czasami w ogóle ją budzimy. „Życie objawiło się – pisze św. Jan - myśmy je widzieli i o nim świadczymy”.

Było dobrze, było pięknie! A jak jest teraz? Czy wspominanie spotkania z Panem daje nam gwarancję, że kolejne spotkania będą równie, albo nawet bardziej dla nas owocne? Co zrobić, aby nie pozostać w świecie melancholijnego wracania do czasów przeszłych? Czy rzeczywiście „kiedyś było lepiej”?

Może podobni jesteśmy do uczniów z dzisiejszej ewangelii, którzy patrząc wstecz, nie potrafią rozpoznać Pana przychodzącego dzisiaj, tu i teraz? Trud chwili obecnej nie jest wcale znakiem nieuchronnie zbliżającego się schyłku naszego świata wiary, wartości, ale wyzwaniem – okazją do rozwoju, w której obecny jest Chrystus.

Św. Ignacy z Loyoli podpowiada nam, że dzisiaj jest czas łaski, nie wczoraj, ani jutro, ale teraz! Nie żyjmy więc tym co było, ani tym co będzie, ale tym co jest. Pod płaszczem trudności ukryty jest Pan.


Opowiadanie

Czy Ty?

Grupa handlowców udała się na delegację do Chicago. Zapewnili żony, że spokojnie zdążą z powrotem na piątkową kolację.

Ale było tyle spraw do omówienia, że spotkanie się przeciągnęło; musieli więc pędem udać się na lotnisko. Biegnąc przez halę odlotów, jeden z nich niechcący potrącił stolik, na którym stał koszyk z jabłkami. Nie zatrzymując się, dotarli na czas do samolotu i z westchnieniem ulgi zajęli swoje miejsca. Wszyscy z wyjątkiem jednego. Ten przystanął, zajrzał w głąb swego serca i znalazł współczucie dla dziewczynki, której przewrócono stragan z jabłkami. Zamachał kolegom na pożegnanie i wrócił do hali. Ucieszył się, że tak zrobił. Dziesięciolatka okazała się niewidoma.

Handlowiec pozbierał jabłka i spostrzegł, że kilka z nich się obiło. Sięgnął do portfela i zwrócił się do dziewczynki:

- Proszę, tu masz dziesięć dolarów za szkody. Mam nadzieję, że nie zepsuliśmy ci dnia.

Kiedy odchodził, dziewczynka zawołała za nim:

- Czy ty jesteś Jezusem?

Nie ma dla człowieka innego źródła nadziei, jak miłosierdzie Boga. W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście.

Św. Jan Paweł II 

Pan Jezus mówił do św. s. Faustyny: „Pragnę, aby święto Miłosierdzia było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W tym dniu otwarte są wnętrzności Miłosierdzia Mego: która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii św., dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski;  niech się nie lęka zbliżyć do mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat. Miłosierdzie Moje jest tak wielkie, że przez całą wieczność nie zgłębi go żaden umysł ludzki, ani anielski. Święto Miłosierdzia wyszło z wnętrzności Moich; pragnę, aby uroczyście obchodzone było w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd się nie zwróci do źródła miłosierdzia Mojego.”

Refleksja

Kto z nas czuje się człowiekiem niezachwianej wiary? Trudności w wierze spotykamy wszak również u apostołów. I tak nieobecny w Wieczerniku Tomasz nie miał szczęścia ujrzeć Jezusa osobiście. Trudno mu było uwierzyć w prawdę zmartwychwstania. Bał się, że opowieść o żyjącym Jezusie jest tanim sentymentalnym pocieszeniem, któremu ulegają jego towarzysze pod wpływem niewiast. Tomasz mówi również o nas, którzy patrząc na naszą wiarę czasem zastanawiamy się: „A jeśli to nieprawda? Jeśli Boga nie ma, a całe to zamieszanie jest wymysłem ludzkim, szukaniem broni przeciwko bezsensowi tego świata?”. Dlatego Jezus przychodzi jeszcze raz, by nie zostawić Tomasza samego.

Wielu ludzi, których wiara obumarła, a potem na nowo zostali przez Boga znalezieni, może opowiedzieć historię, jak On się o nich upominał. Bóg w pogoni za człowiekiem próbuje rozmaitych metod. Posyła ludzi, tworzy nieprzewidziane zbiegi okoliczności, podsuwa książki, teksty, które pozwalają odkrywać rzeczywistość znajdującą się poza codzienną krzątaniną. Miłosierdzie Boże dociera do nas przez Serce Chrystusa. To krzepiące orędzie kieruje Bóg szczególnie do człowieka udręczonego bolesnymi doświadczeniami, ciężarem popełnionych grzechów, skłonnego ulec pokusie rozpaczy. Jak naucza św. Jan Paweł II, „Takiemu człowiekowi ukazuje się łagodne oblicze Chrystusa, a promienie wychodzące z Jego Serca padają na niego, oświecają go i rozpalają, wskazują drogę i napełniają nadzieją. Jakże wielu sercom przyniosło otuchę wezwanie «Jezu, ufam Tobie», które podpowiedziała nam Opatrzność za pośrednictwem Siostry Faustyny! Ten prosty akt zawierzenia Jezusowi przebija najgęstsze chmury i sprawia, że promień światła przenika do życia każdego człowieka”.

ks. Leszek Smoliński

Jezus żyje!

Te dwa, pełne nadziei, słowa mogą streścić niezliczoną ilość słów, które próbujemy zawrzeć w życzeniach. Życzę Wam, aby dotarły one do głębi Waszych dusz i rozpaliły ogień, który przygasł w czasie ostatnich miesięcy. Niech Zmartwychwstały Pan uzdalnia Was do zwyczajnego uśmiechu i doceniania malutkich okruchów dobra.

Błogosławionego świętowania!

Alleluja!

Papież Franciszek o zmartwychwstaniu: 

„Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych?” (Łk 24,5). Słowa te są jak kamień milowy w historii; ale także jak „kamień upadku”, jeśli nie otworzymy się na Dobrą Nowinę, jeśli myślimy, że mniejszym kłopotem jest Jezus, który umarł, niż Jezus żyjący! Natomiast ileż razy w naszym życiu codziennym musimy usłyszeć: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych?”. Ileż razy poszukujemy życia wśród tego co obumarłe, tego co nie może dać życia, rzeczy które dziś są. ale jutro ich nie będzie, rzeczy ulotnych. „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych?”.

Potrzebujemy tych słów, kiedy zamykamy się we wszelkiej formie egoizmu i samozadowolenia; kiedy dajemy się uwieść władzą doczesną i rzeczami tego świata, zapominając o Bogu i o bliźnim, kiedy pokładamy nasze zaufanie w ziemskich marnościach, w pieniądzu, w sukcesie. Wtedy Słowo Boże mówi nam: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych?”. Dlaczego tam szukasz, to nie może dać tobie życia! Może da tobie radość na minutę, dzień, tydzień czy miesiąc. A co potem?

Refleksja

„W Wielkim Tygodniu sprawuje Kościół zbawcze misteria dokonane przez Chrystusa w ostatnich dniach Jego życia, poczynając od Jego mesjańskiego wjazdu do Jeruzalem. Okres Wielkiego Postu trwa do Wielkiego Czwartku. Od Mszy Wieczerzy Pańskiej rozpoczyna się Triduum Paschalne, które trwa w Wielki Piątek i w Wielką Sobotę, ma swój ośrodek w Wigilii Paschalnej i kończy się Nieszporami Niedzieli Zmartwychwstania” – podpowiada „List okólny Kongregacji Kultu Bożego o przygotowaniu i przeżywaniu Świąt Paschalnych”.

Rozpoczęliśmy najważniejszy tydzień w ciągu roku. Dobrze byłoby patrzeć na niego w ten sposób, że każdy dzień jest naprawdę wielki i przybliża nam tajemnice z życia Jezusa. Towarzyszymy tłumowi, który woła „Hosanna Królowi Dawidowemu!”; wraz z Marią chcemy namaścić przed męką stopy Jezusa drogocennym olejkiem; razem z uczniami chcemy przygotować wieczerzę paschalną, pozwolić, aby Jezus umył nam nogi; chcemy doświadczyć miłości Chrystusa ustanawiającego Eucharystię i kapłaństwo; w Getsemani chcemy modlitewnie przygotować się na Jego mękę; na Golgocie patrzyć będziemy na Tego, który za nas umiera i wreszcie ucieszyć się chcemy z tego, że „Zwycięzca śmierci, piekła i szatana wychodzi z grobu dnia trzeciego z rana”.

Łatwo przychodzi nam myśleć o tych dniach, jako przygotowaniu do Wielkanocy, ale jak podpowiada nam Kościół to są Święta Paschalne. Nie przeżyjemy zmartwychwstania, jeśli wcześniej nie pozwolimy zabrać się do Wieczernika, Ogrodu Oliwnego, Ciemnicy, czy na Golgotę. Przed nami liturgia Triduum Paschalnego w Wielki Czwartek, Piątek, Sobotę i Niedzielę Zmartwychwstania. Oby w każdym i każdej z nas było szczere pragnienie: „Chcę te dni przeżyć z Jezusem!”. Boża łaska może naszą epidemiczną niepewność wypełnić światłem nadziei. Bo przecież z Jezusem każdy krzyż kończy się zmartwychwstaniem.

 

Opowiadanie

Rachunek

Pewien mężczyzna, który zastanawiał się, jaki będzie ostatni dzień jego życia, a przede wszystkim, jak będzie wyglądał Sąd Ostateczny, przed którym prędzej czy później będzie musiał stanąć, miał sen. Śnił, że po śmierci pełen lęku zbliżył się do wielkiej bramy domu Boga. Zapukał. Otworzył mu jakiś uśmiechnięty anioł i zaprosił do poczekalni w raju. Jej wygląd był bardzo surowy. Trochę przypominała salę sądową. Mężczyzna czekał coraz bardziej zalękniony. Anioł po pewnym czasie powrócił z kartką w ręku. Widniał na niej napis: „Rachunek”. Mężczyzna wziął kartkę i przeczytał: „Za światło słońca i szelest liści, za śnieg i wiatr, za lot ptaków i za trawę. Za powietrze i podziwianie gwiazd, za wieczory i za noce..”.

Lista była bardzo długa. Mężczyzna kontynuował: „…za śmiech dzieci, oczy dziewcząt, oczy dziewcząt, za świeżą wodę, za ręce i nogi, za czerwień pomidorów, za pieszczoty, za piasek na plaży, za pierwsze słowa twego dziecka, za podwieczorek nad brzegiem górskiego jeziorka, za pocałunek wnuczka, za fale morza…”.

Mężczyzna, w miarę jak czytał listę, coraz bardziej się niepokoił. Ile wyniesie cały rachunek? W jaki sposób zapłaci za to wszystko, co otrzymał? Podczas gdy z przyspieszonym biciem serca czytał kolejne punkty, nadszedł Bóg. Poklepał go po ramieniu

- Ja stawiam! – powiedział z uśmiechem – Aż do końca świata. Było mi bardzo miło!

Bóg lubi słowa „za darmo”.

Refleksja

Denis Legrix, urodzona bez rąk i nóg, pomagała ludziom malując swe obrazy ustami. W książce „Taka się urodziłam” napisała: „Bądź błogosławiony Panie, który zsyłasz cierpienie jako boskie lekarstwo na nasze nieprawości... Oto niewątpliwie prawdziwa alchemia: przeistoczyć nasze cierpienia w miłosierdzie, w bratnią miłość, w dzieła sztuki. Przeistoczyć lichy ołów codzienności w lśniące złoto”.

W sztuce Adama Mickiewicza pt. „Dziady”, podczas obrzędów w cmentarnej kaplicy zjawiają się dzieci, które wypowiadają następującą kwestię: „kto nie doznał goryczy ni razu, nie dozna słodyczy w niebie”. Proszą o „ziarnko goryczy”, które by mogło w nich rozwinąć się w duży krzyż, umożliwiło im poznanie życia w całym jego bogactwie — słodyczy i goryczy.

Jest wiele podobieństwa pomiędzy historią ziarna, a losem człowieka. Ziarno, pochwycone dłonią siewcy, wrzucone jest w ziemię, aby w niej zgnić, obumrzeć. Jest to jednak tylko pozorna jego klęska. Zapłatą za tę ofiarę jest nowy plon, a na miejscu jednego ziarenka wyrasta cały kłos, mnożąc je wielokrotnie.

Uczniów Chrystusa dotyczy zarówno prawda o umiłowaniu życia, jak i o wyrzeczeniu, podejmowanym świadomie po to, by piękniej i lepiej owocować. Jezus prowadzi swych uczniów drogą pełnienia woli Ojca, bez względu na to, czy jest to łatwe, czy trudne. Sam szedł drogą posłuszeństwa Ojcu, której treścią było wyrzeczenie, a jej szczytem — krzyż. A wszystko działo się zgodnie z wolą Ojca, z myślą o zbawieniu człowieka. „Iść za Nim” oznacza dla nas przyjąć wolę Ojca, jakakolwiek by ona była.

ks. Andrzej Zwoliński

 

Opowiadanie

W parku

Dziecko zapragnęło poznać Boga. Wiedziało, że aby dotrzeć tam, gdzie On mieszka, trzeba długo podróżować. Dlatego też pewnego dnia włożyło do swego koszyczka ciasteczka, marmoladę oraz sok i wyruszyło w drogę. Przeszło około trzystu metrów i zobaczyło starą kobietę, która siedziała na ławce w parku. Była sama i obserwowała gołębie. Dziecko usiadło obok niej i otworzyło swój koszyczek, bo chciało się napić soku. Gdy spojrzało na staruszkę, wydało mu się, że jest ona głodna, dlatego ofiarowało jej jedno ze swoich ciasteczek. Staruszka z wdzięcznością poczęstowała się i uśmiechnęła. Jej uśmiech był bardzo piękny. Dziecko podarowało jej drugie ciasteczko, by ponownie zobaczyć ten uśmiech. Było zachwycone.

Zatrzymało się w parku na dłuższy czas, jedząc i uśmiechając się. Pod wieczór, zmęczone, wstało, by odejść. Zbliżyło się do staruszki i uściskało ją. Ona też je uściskała i podarowała najpiękniejszy uśmiech swojego życia. Gdy dziecko powróciło do domu i otworzyło drzwi, zobaczyło mamę, która zdumiała się na widok jego pełnej szczęścia twarzy.

- Synku, co się stało, że jesteś tak bardzo szczęśliwy? – zapytała

- Dzisiaj zjadłem podwieczorek z Bogiem! – odpowiedział chłopiec

I zanim matka coś powiedziała, dodał:

- Wiesz? Ma najpiękniejszy uśmiech, jaki dotąd widziałem!

Również staruszka wróciła do domu pełna szczęścia. Jej syn zdumiał się, widząc spokój malujący się na twarzy matki, i spytał:

- Mamo, co się stało, że czujesz się taka szczęśliwa?

Staruszka odpowiedziała:

- Dzisiaj w parku zjadłam podwieczorek z Bogiem!

I zanim syn coś powiedział, dodała:

- Wiesz? Jest młodszy, niż sądziłam!


Fragment listu Patris corde:

Podobnie, jak Bóg powiedział do naszego Świętego: „Józefie, synu Dawida, nie bój się” (Mt 1, 20), zdaje się powtarzać także i nam: „Nie lękajcie się!”. Musimy odłożyć na bok nasz gniew i rozczarowanie, a uczynić miejsce, bez żadnej światowej rezygnacji, ale z męstwem pełnym nadziei, na to, czego nie wybraliśmy, a jednak istnieje. Akceptacja życia w ten sposób wprowadza nas w ukryty sens. Życie każdego z nas może zacząć się na nowo w cudowny sposób, jeśli znajdziemy odwagę, by przeżywać je zgodnie z tym, co mówi nam Ewangelia. I nie ma znaczenia, czy obecnie wszystko zdało się przybrać zły obrót i czy pewne rzeczy są teraz nieodwracalne. Bóg może sprawić, że kwiaty zaczną kiełkować między skałami. (PC 4)

Refleksja

„Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne”.

Pan Jezus w nocnej rozmowie z uczonym Nikodemem tłumaczył mu, jak należy odczytywać znaki, które Bóg zostawia na drodze człowieka. I jak wiele zależy od właściwego odczytywania tych znaków każdego dnia. Przypomniał mu wydarzenie z czasów wędrówki narodu wybranego przez pustynię, kiedy to Bóg dopuścił na Izraelitów plagę jadowitych węży, ale równocześnie nakazał Mojżeszowi postawić wysoki pal i umieścić na nim podobiznę węża. Dla ocalenia od śmierci wystarczyło, aby ukąszony spojrzał z wiarą na węża. Chodziło nie tyle o prosty gest zwrócenia się do węża, ale o dostrzeżenie oczyma wiary mocy Bożej płynącej z wypełnienia tego łatwego nakazu. Ilu Izraelitów z tego skorzystało, nie wiemy. Autor biblijny mówi jednak, że wielu zmarło. Przez to przypomnienie Jezus przygotował Nikodema do odczytania ważniejszego znaku: wywyższenia Syna Człowieczego na drzewie krzyża. Ten znak jest konieczny, aby każdy miał życie wieczne. Możemy sądzić, że Nikodem zrozumiał naukę Jezusa, ponieważ widzimy go na Golgocie, gdy uczestniczy w pogrzebie Zbawiciela. Nie przeraził go krzyż, bo zrozumiał jego sens.

Jezus daje nam potrzebne światło do lepszego widzenia otaczającej nas rzeczywistości, ale jednocześnie z żalem dodaje, że człowiek często „nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków” (J 3,20). Niektórzy ludzie wolą trwać w ciemności, bo opowiadają się po stronie zła. Nie chcą światła, ponieważ boją się zobaczyć prawdziwy obraz własnego życia. Jak często znajdujemy się w sytuacji Izraelitów na pustyni skażonych jadem zła. Mamy postawiony przed sobą znak uzdrowienia, ale brak nam dobrej woli, aby na niego spojrzeć.

Spójrzmy na siebie w świetle Bożej prawdy i zobaczmy sakramentalny znak Bożego przebaczenia, aby przyjąć łaskę, której Bóg pragnie nam udzielać.

ks. Leszek Smoliński

 

Opowiadanie

Żebrak?

Przed wiekami rządził Irlandią król, który nie miał syna. Wysłał on heroldów do wszystkich miast królestwa, by ogłosili, że każdy młodzieniec może się ubiegać o posłuchanie u króla, by zostać następcą tronu. Wszyscy kandydaci muszą jednak spełniać dwa warunki: kochać Boga i kochać łudzi.

Pewien młody człowiek zobaczył ogłoszenie i pomyślał, że kocha Boga i bliźnich. Jedno go wszakże powstrzymywało - był tak ubogi, że nie miał przyzwoitego ubrania, w którym mógłby stawić się przed obliczem króla. Nie miał te ż pieniędzy na zakup jedzenia na długą drogę do zamku. Zaczął więc pożyczać i wypraszać pieniądze od kogo się dało, aż w końcu uciułał dość na stosowny strój i niezbędne jadło.

Odpowiednio odziany i zaopatrzony wyruszył w drogę. Był już niemal u celu, gdy przy drodze spotkał żebraka, trzęsącego się z zimna w podartych łachmanach. Wyciągał ręce z prośbą o pomoc. Schrypniętym głosem błagał:

- Jestem głodny i zmarzłem. Proszę, pomóż mi...

Młodzieniec poruszony widokiem żebraka w potrzebie natychmiast ściągnął z siebie nowe szaty i założył postrzępione łachmany. Bez namysłu oddał też nędzarzowi wszystko, co miał do jedzenia. Z lekkim wahaniem ruszył w dalszą drogę obdarty i bez zapasów niezbędnych na powrót do domu. Gdy przybył do zamku, jeden z dworzan powiódł go do izby, gdzie mógł się trochę ogarnąć po podróży, a potem do sali tronowej.

Młodzieniec pokłonił się głęboko przed Jego Wysokością. Kiedy uniósł wzrok, zdumiał się niepomiernie:

- Ależ... to ty, żebrak, którego spotkałem przy drodze!

- Owszem - odparł król z błyskiem w oku - To ja byłem tym żebrakiem.

- Ale... ale przecież naprawdę nie jesteś żebrakiem. Jesteś najprawdziwszym królem! Więc dlaczego mi to zrobiłeś...? - wykrztusił młodzieniec, kiedy już trochę ochłonął.

- Bo musiałem się przekonać, czy rzeczywiście kochasz Boga i ludzi - odparł król - Gdybym ukazał ci się jako król, zrobiłbyś wszystko, o co bym poprosił, ze względu na mój królewski status. Tym sposobem nigdy bym się nie dowiedział, co naprawdę kryje twoje serce. Pokazałem ci się jako żebrak, który może liczyć jedynie na miłosierdzie, jakie masz w sercu. I przekonałem się, że szczerze kochasz Boga i bliźnich. Będziesz moim następcą - obiecał król - Dziedzicem mego królestwa.

Refleksja

Abraham, o którym mówimy, że jest ojcem naszej wiary, zostaje przez Boga wystawiony na próbę. „Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze, na jednym z pagórków, jaki ci wskażę”. Była to najważniejsza próba w jego życiu. Jedynego, umiłowanego, długo oczekiwanego syna Bóg pragnie zabrać i to jego własnymi rękoma. Tak naprawdę nie wiemy, jaką wewnętrzną walkę toczył Abraham w sobie w czasie tej wędrówki do krainy Moria. Wszystkie nasze wyobrażenia są trochę psychologizowaniem i trochę projekcją własnych problemów, które dzisiaj nosimy w sobie.

Biblijny Abraham uczy nas umiejętności - niestety, coraz rzadszej zarówno w życiu społecznym, jak i osobistym – rezygnowania z czegoś, co mamy najcenniejsze, na rzecz dobra, które przygotował nam Bóg, a którego wartości jeszcze nie znamy. Każdy musi przeżyć taką górę Moria i drogę na nią. Człowiek, który poważnie, to znaczy dojrzale, traktuje swoją relację do Boga, wie, że jego życie musi być czujne, że musi uczyć się odczytywać wszystkie znaki i sygnały, jakie Bóg kieruje do niego w życiu. Bóg nas doświadcza, ale też karmi. Góra Moria to także góra przymierza i błogosławieństwa, góra obietnicy danej Abrahamowi: „...będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarna piasku na wybrzeżu morza, potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia na wzór twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu”. Ofiara Abrahama dla Żydów była najważniejszym wydarzeniem w ich relacji do Boga. Uwidaczniała podwójną ofiarę - „ojca gdy podnosi nóż i syna, który zgadza się na śmierć”.

o. Tomasz Dostatni OP

Opowiadanie

Zbyt wielki?

Pewien niezadowolony z siebie i z innych człowiek zrzędził przeciwko Bogu, mówiąc: - A kto powiedział, że każdy z nas musi nieść na sobie swój krzyż? Czy możliwe, żeby nie istniał żaden sposób na to, aby się od niego uwolnić? Mam absolutnie dosyć swoich codziennych zmartwień!

Dobry Bóg odpowiedział mu na jego wątpliwości snem. Ziemskie życie ludzi, które ów człowiek widział we śnie, było nie kończącą się procesją. Każdy człowiek szedł dźwigając na swoich ramionach wielki krzyż. Posuwał się do przodu krok po kroku, mozolnie i nieubłaganie.

Również bohater tej powiastki przemieszczał się w tym nie kończącym się pochodzie i dźwigał na sobie ciężar własnego krzyża. Jednak po pewnym czasie zorientował się, że dźwigany przez niego krzyż był dłuższy od krzyży innych ludzi. Może dlatego nie mógł sobie z nim poradzić.

- Gdyby można było go trochę skrócić, nie musiałbym się tak strasznie męczyć - powiedział sam do siebie.

Usiadł na przydrożnym kamieniu, by skrócić krzyż o porządny kawałek. Kiedy znów ruszył w drogę, zorientował się, że może się poruszać wreszcie krokiem szybszym i lżejszym. W ten sposób bez większych trudności dotarł do miejsca, w którym znajdowała się meta jego ludzkiej pielgrzymki.

W miejscu tym rozciągał się wielki wąwóz. Był to szeroki otwór w ziemi, po którego przeciwnej stronie rozpoczynała się ziemia wiecznej radości. Kiedy patrzyło się na nią z tej strony, zdawała się być czymś niezwykle pięknym. Jednak nie było żadnego mostu, który by do niej prowadził, ani żadnej kładki, po której można byłoby się tam dostać. Jednak wszystkim ludziom udawało się tam przedostać.

Zdejmowali z ramion swój długi krzyż i przechodzili po nim na drugą stronę. Każdy krzyż miał idealny rozmiar: dokładnie taki, jaki był potrzebny, by połączyć ze sobą dwie strony przepaści. Przeszli wszyscy. Pozostał tylko on sam. Dopiero teraz zrozumiał, że jego krótki krzyż nie pozwala mu przedostać się przez śmiertelną otchłań. Zaczął płakać i desperować:

- Ach, gdybym o tym wiedział...

 

Nauczanie papieskie o Eucharystii

„Niech się każdy stara wedle sił, aby wszystkie święte budynki, szaty i naczynia kościelne, choćby nie odznaczały się przepychem i bogactwem, były jednak czyste i stosowne, skoro są poświęcone Majestatowi Bożemu. Naszym obowiązkiem zganić niewłaściwą pobożność tych, którzy w budynkach przeznaczonych dla kultu Bożego, lub na samych ołtarzach umieszczają bez słusznej racji rozmaite statuy i obrazy jako przedmioty czci oraz wystawiają relikwie nieuznane przez kompetentną władzę” (Pius XII).

Refleksja

Czas Wielkiego Postu jest po to, aby z nadzieją zwrócić nasze spojrzenie ku cierpliwości Boga, który nadal troszczy się o swoje stworzenie, podczas gdy my często traktowaliśmy je źle. Jest to nadzieja na pojednanie, do którego św. Paweł gorąco nas wzywa: „pojednajcie się z Bogiem” (2 Kor 5, 20). Otrzymując przebaczenie w Sakramencie, który znajduje się w samym centrum naszego procesu nawrócenia, stajemy się z kolei krzewicielami przebaczenia: otrzymawszy je sami, możemy je ofiarować innym poprzez zdolność do prowadzenia troskliwego dialogu i przyjmowania postawy, która daje pociechę poranionym. Boże przebaczenie, także poprzez nasze słowa i gesty, pozwala nam przeżywać Wielkanoc braterstwa.

W Wielkim Poście bądźmy bardziej czujni, aby używać „słów otuchy, które koją, umacniają, dają pociechę, które pobudzają, a nie słów, które poniżają, zasmucają, drażnią, gardzą” (Fratelli tutti, 223). Czasami, by dać nadzieję, wystarczy być „człowiekiem uprzejmym, który odkłada na bok swoje lęki i pośpiech, aby zwrócić na kogoś uwagę, aby podarować uśmiech, aby powiedzieć słowo, które by dodało otuchy, aby umożliwić przestrzeń słuchania pośród wielkiej obojętności” (tamże, 224).

W skupieniu i cichej modlitwie, nadzieja jest nam dana jako natchnienie i wewnętrzne światło, które oświeca wyzwania i wybory związane z naszym powołaniem: dlatego istotne jest, aby zebrać się w sobie do modlitwy (por. Mt 6, 6) i spotkać w ukryciu Ojca czułości.

Przeżywać Wielki Post z nadzieją oznacza mieć świadomość, że w Jezusie Chrystusie jesteśmy świadkami nowego czasu, w którym Bóg „czyni wszystko nowym” (por. Ap 21, 1-6). Oznacza, że mamy udział w nadziei Chrystusa, który oddaje swoje życie na krzyżu i którego Bóg wskrzesza trzeciego dnia, „zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od [nas] uzasadnienia tej nadziei, która w [nas] jest” (1 P 3, 15).

Z Orędzia Papieża Franciszka na Wielki Post 2021

Opowiadanie

Jałmużna

Bardzo dawno temu, w Anglii, pewna drobna kobiecina, opatulona potarganymi łaszkami przebiegała uliczki małej miejscowości, pukając do wszystkich drzwi i prosząc o jałmużnę.

Nie miała jednak wielkiego szczęścia. Niektórzy obrzucali ją wyzwiskami, inni szczuli psami, aby ją jak najszybciej odpędzić. Inni wciskali jej do fartuszka na odczepne kawałki spleśniałego chleba i zgniłych kartofli. Jedynie dwoje starców, którzy mieszkali w malutkiej chatce na obrzeżach wioski, wpuściło biedaczkę do swojego domu i ugościło.

- Przycupnij sobie i ogrzej się - powiedział do niej starzec, podczas gdy żona przygotowywała jej miseczkę ciepłego mleka i kroiła wielką pajdę chleba. Potem, kiedy jadła, obdarowali ją miłymi słowami i pocieszeniem.

 Następnego dnia w tej samej miejscowości wydarzyła się nieprawdopodobna historia. Królewski posłaniec odwiedzał wszystkie domy i zapraszał rodziny na królewski zamek. To nagłe i nieoczekiwane zaproszenie spowodowało we wsi wielkie zamieszanie. Po południu wszystkie rodziny wystrojone w świąteczne stroje stawiły się na zamku. Każdemu z nich miejsce zostało wskazane w wielkiej jadalni. Kiedy już wszyscy zasiedli, służba rozpoczęła podawanie dań. Po chwili z ust wszystkich biesiadników dały się słyszeć pomruki niezadowolenia i ukrywanej wściekłości. Wszystko z powodu tego, że usłużni kamerdynerzy serwowali gościom ziemniaczane łupiny, kamienie i kawałki spleśniałego chleba. Jedynie na talerzach dwojga staruszków siedzących w kącie nakładano z wielką uprzejmością wykwintne i smaczne potrawy. W pewnym momencie wbiegła na salę ubrana w żebracze łachmany kobieta:

- Dzisiaj - powiedziała kobieta - pragnę was poczęstować wszystkim tym, czym wy obdarowaliście mnie wczoraj

Potem zdjęła z siebie żebracze łachmany, pod którymi lśnił złoty strój, wytłaczany szlachetnymi kamieniami. Była to Królowa.

Refleksja

„Nie bądźcie zgorszeniem ani dla Żydów, ani dla Greków, ani dla Kościoła Bożego, podobnie jak ja, który się staram przypodobać wszystkim pod każdym względem, szukając nie własnej korzyści, lecz dobra wielu, aby byli zbawieni”.

Czy komuś jeszcze przeszkadza, że po sąsiedzku mieszka młoda para bez sakramentu małżeństwa? „Takie czasy, co zrobić?”. Czy rozpadające się z hukiem małżeństwo staje się dla krewnych i przyjaciół wyrzutem sumienia? Czy mieszkająca na tej samej ulicy samotna i biedna starsza pani jakkolwiek prowokuje nas do myślenia, albo działania? Wszystkie te sytuacje powinny w jakimś stopniu być dla nas gorszące. Czy jednak o takie zgorszenie w Biblii chodzi?

Arcybiskup Grzegorz Ryś podpowiada, że zgorszyć kogoś to dosłownie „uczynić go gorszym”. Chodzi więc o zachowanie, które nie pomoże bliźniemu na drodze do świętości, w jakiejś mierze osłabi jego wolę, zjednoczenie z Chrystusem, albo i zdolność do kochania. Choć nasz świat jest naszpikowany małymi kompromisami ze złem, to czy łatwo jest zgorszyć bliźniego w tym właściwym sensie?

Zdarza się, że unikanie zgorszenia powoli przeradza się w styl życia, który można streścić w haśle „bo co ludzie powiedzą?”. Od tego już krótka droga do postawy, którą papież Franciszek nazywa duchową światowością, która „polega na szukaniu chwały ludzkiej i osobistych korzyści zamiast chwały Pana” i „łączy się ze staraniem o zachowanie pozorów”.

Podejmując małe i wielkie decyzje nie myślmy w kategoriach czy coś wypada nam zrobić, czy nie wypada, ale przede wszystkim niech nam leży na sercu nasze i bliźnich zbawienie. Czasem czegoś zrobić nie wypada, ale trzeba ze względu na przyjaźń z Jezusem.

 

Opowiadanie

Brać czy dawać?

Pewnego razu urzędnik siedział sobie na krawędzi miejskiej fontanny. Wtem zamyślony wpadł do środka. Widzący go przechodnie pobiegli natychmiast w jego stronę z wyciągniętymi rękoma, wołając:

- Niech pan da rękę.

Ale urzędnik nikomu jej nie podał, jakby ich nie słyszał.

W pewnym momencie jakiś człowiek przedarł się przez uliczny tłum i powiedział:

- Przyjaciele, nasz urzędnik od wielu lat słyszał jedynie słowo „brać”; słowo „dać” jest mu zupełnie nieznane.

Potem człowiek ów wyciągnął do niego dłoń i powiedział:

- Dzień dobry, niech pan bierze moją rękę.

Urzędnik zaraz uczepił się jej i wydostał się z fontanny.

Ludzie bardzo często mylą słowa. Bóg zna tylko słowo dawać.

Refleksja

„Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Jezusowi o niej. On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała”.

Zwróćcie uwagę na dwa słowa: „podniósł ją” i „usługiwała im”. Jako że cud jest zawsze jakimś pouczeniem, ewangelista chce nam dziś pokazać, że moc Jezusa może nas podnieść, abyśmy stali się tymi, którzy służą.

Wszystko zatem dzieje się w „domu”. A kobieta, którą Jezus stawia na nogi, jest jego wspaniałą gospodynią. Kiedy gościem jest Jezus, wszyscy chcą świętować! Na razie obecni są tylko czterej wybrani: Piotr, Andrzej, Jakub i Jan, ale już wkrótce będzie ich dwunastu, a z nimi ich żony i dzieci. I tłum! Marek opowiada dalej: „Tłum się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli”. Nie są to zbyt miłe sytuacje dla pani domu, która widzi, że jej suflet z serem zaczyna opadać.

Wyobrażamy sobie teściową Piotra (szkoda, że nie znamy jej imienia) stawiającą wszystkiemu czoło, jak to czyni tak wiele kobiet, obdarzonych prawdziwym zmysłem gościnności, wymagającym hojności i dyskrecji. „I usługiwała im”. Warto w tym rozważaniu pomyśleć o „tych, które służą”. Być może sami jesteśmy wezwani do tego powołania, a może trzeba, abyśmy zastanowili się nad naszą postawą wobec wszystkich kobiet pełniących z wielkim oddaniem różne posługi.

Być może przy okazji tej Ewangelii jest czas, ażeby, wobec Pana, który leczy złe gorączki, zastanowić się nad swoim postępowaniem i słowami. Nas wszystkich, którzy jesteśmy „obsługiwani”, opowieść o kobiecie, która służy, powinna zachęcić do rachunku sumienia. Czy jesteśmy wdzięczni albo choćby po prostu ludzcy? To prawda, że spotykane w życiu codziennym kelnerki, sprzedawczynie, urzędniczki nie zawsze są uprzejme, ale czy nam łatwo byłoby się uśmiechać po wielu godzinach wyczerpującej pracy, w której bylibyśmy narażeni na kontakt z nieuprzejmymi klientami? Może chociaż my moglibyśmy rozjaśnić ich dzień?

Andre Seve

Opowiadanie

Barka skruchy

Potężny król Milinda powiedział do starego kapłana:

- Mówisz, że jeżeli człowiek, który przez sto lat czynił wszelkie możliwe zło, poprosi przed samą śmiercią Boga o przebaczenie, zdoła się odkupić i wejdzie do nieba. Natomiast człowiek, który popełni tylko jedno wykroczenie, a nie okaże wobec Niego swojej skruchy, zostanie wtrącony do piekła. Czy to sprawiedliwe? Czy to znaczy, że sto przestępstw waży mniej aniżeli jedno?

Stary kapłan odpowiedział wtedy królowi:

- Jeżeli wezmę wielki kamień i rzucę go w jezioro, pójdzie na dno, czy utrzyma się na powierzchni?

- Pójdzie na dno - odpowiedział król.

- A jeśli wezmę sto wielkich kamieni, ułożę je na barce i popchnę je na środek jeziora, utrzymają się na powierzchni, czy pójdą na dno?

- Utrzymają się na powierzchni

- Czy więc sto kamieni leżących na barce nie jest lżejszych od jednego samotnego kamyczka?

Król nie wiedział, co odpowiedzieć. Starzec kontynuował dalej:

- Tak samo, królu, dzieje się z ludźmi. Człowiek, który ma wiele grzechów, a oprze się na Bogu, nie zostanie wtrącony w piekielną otchłań. Natomiast człowiek, który popełnił tylko jeden grzech, a nie odwoła się do Bożego miłosierdzia, będzie potępiony.

Opowiadanie

Milczenie

- Dość! Mam ich naprawdę dość!

Wszyscy w niebie wstrzymali oddech. Nikt nie widział nigdy dotąd tak zagniewanego Jezusa. To właśnie On grzmiącym głosem okazał swój boski gniew.

- Przez trzydzieści trzy lata przebywałem wśród ludzi, mówiłem im wielokrotnie, że czyny są tysiąc razy ważniejsze od słów. Dlatego zostałem ukrzyżowany. Tłumaczyłem na wszystkie sposoby, że to nie po słowach i pustych ceremoniach będą oceniali moich uczniów, ale po tym, w jaki sposób będą okazywać miłość.  Prawie nikt tego nie zrozumiał! Głoszą kazania, śpiewają wzruszające hymny, uczestniczą w przejmujących nabożeństwach, a tak mało czynią!

- Co zamierzasz zrobić, Jezu? – spytał nieśmiało jakiś anioł.

- Odbiorę im mowę… Jak to się stało z Zachariaszem, ojcem Jana Chrzciciela!

Tak zdecydował Jezus i odebrał wszystkim chrześcijanom zdolność mówienia. Nagle w całym świecie wśród wszystkich wierzących w Chrystusa zapanowało wielkie milczenie.

W pierwszym momencie ludzie zdumieli się. Wielu pobiegło do aptek, by kupić syrop i pastylki na ból gardła. Popyt na zioła i miód też był ogromny. Potem zaczęto się martwić, aż w końcu ludzi ogarnęło przerażenie. Jak mogli modlić się bez słów? Jak mogli powiedzieć Jezusowi i bliźnim, że ich kochają? Wielcy teolodzy nie mogli nawet wypowiedzieć słowa „transsubstancjacja” (czyli „przeistoczenie”), a kaznodzieje bez wzniosłych określeń i głębokich pojęć czuli się bezrobotni. Zwykli ludzie nie potrafili się kłócić. Co gorsza, nie wiedzieli, jak wyrazić solidarność, pociechę, współczucie i jedność. W wyniku przemyśleń doszli do prostego wniosku: „To, czego nie możemy wypowiedzieć słowami, możemy przekazać za pomocą czynów”.

Wielu tak właśnie sądziło. Wybitni mistrzowie słowa stali się spontaniczni i szczerzy, nauczyli się wyrażać siebie, posługując się spojrzeniem, uśmiechem, czułością, gestami dobroci. Na wydziałach teologicznych uniwersytetów otwarto stołówki i schroniska dla biednych i bezdomnych. Również nauka katechizmu stała się radosna, przeplatana zabawą. Wielu czuło się zawstydzonych, wspominając, jak łatwo kłamało się za pomocą słów. W niektórych gazetach ukazały się artykułu zatytułowane „Patrzcie, jak oni się miłują!”.

Coraz więcej ludzi uznawało taki sposób wyrażania wiary za bardzo interesujący. Przyciągała ich atmosfera przyjaźni, pokoju, prawdziwej gościnności, jaką oddychało się wśród uczniów Jezusa. Gdy po pewnym czasie Jezus zwrócił im możliwość posługiwania się słowami, byli niemal zasmuceni. W czasie wielkiego milczenia doświadczyli, ile czułości jest w wierze chrześcijańskiej.

Opowiadanie

Łza pustyni

W Marrakeszu pewien misjonarz zauważył leżącego człowieka, który głaskał ręką piasek, a ucho przykładał do ziemi. Misjonarz zainteresowany tym dziwnym zachowaniem, zapytał:

- Co pan robi?

- Towarzyszę pustyni i łączę się z nią w jej samotności i płaczu

- Nie wiedziałem, że pustynia płacze.

- Płacze każdego dnia. Ma wielkie pragnienie – chciałaby być pożyteczna dla człowieka i zamieniać się w ogromny ogród, w którym byłoby uprawiane zboże, rosłyby kwiaty oraz pasałyby się owce.

- Mam do pana prośbę. Proszę powiedzieć pustyni, że rolę, która została jej powierzona, wypełnia bardzo dobrze. Jej otwarta przestrzeń pozwala mi zrozumieć, jak mali jesteśmy przed Bogiem. Kiedy patrzę na jej piasek, wyobrażam sobie miliony ludzi, którzy zostali stworzeni jako równi sobie, i myślę, że nie zawsze świat traktuje ich w sposób jednakowy. Wzniesienia pustynne pomagają mi medytować. Kiedy widzę wschodzące na horyzoncie słońce, moja dusza wypełnia się radością, a ja czuję się bliżej Boga.

Następnego ranka misjonarz ponownie spotkał mężczyznę w tym samym miejscu i w tej samej pozycji.

- Czy przekazał pan pustyni wszystko to, co wczoraj jej przekazałem?

Człowiek przytaknął głową.

- I nadal płacze?

- Tak. Teraz płacze, ponieważ tysiące lat żyła w przekonaniu, że jest całkowicie bezużyteczna, i cały ten czas zmarnowała na przeklinaniu Boga i swojego losu.

- Niech więc pan jej powie, że również człowiek często sądzi, że jest bezużyteczny. Rzadko odkrywa sens swojego przeznaczenia i myśli, że Bóg był wobec niego niesprawiedliwy.

- Nie wiem, czy pustynię przekonają te argumenty – powiedział człowiek

- Doszliśmy do chwili, aby zrobić to, co czynię wtedy, kiedy mam wrażenie, że ludzie stracili już nadzieję. Pomódlmy się.

Uklękli i obaj się pomodlili.

Następnego dnia, kiedy misjonarz odbywał poranny spacer, w miejscu, w którym wcześniej spotykał owego człowieka wytrysnęło źródło. W kolejnych miesiącach stawało się coraz większe i mieszkańcy okolicy wybudowali wokół niego studnię.

Beduini nazwali tę studnię Łzą Pustyni. Mówią, że wszyscy, którzy piją z niej wodę, potrafią zamienić swoje cierpienie w powód do radości.

Plan

Podczas Wniebowstąpienia Jezus rzucił okiem w kierunku ziemi znikającej w ciemności. Tylko nieliczne, maleńkie światła błyszczały nieśmiało w mieście Jeruzalem. Archanioł Gabriel, który przybył na powitanie Jezusa, zapytał:

- Panie, co to za światełka?

- To moi uczniowie, zgromadzeni na modlitwie wokół mojej Matki. Mam plan, że jak tylko wstąpię do nieba, wyślę im mojego Ducha Świętego, aby te drżące płomyczki stały się nieugaszonym ogniem, powoli rozpalającym miłość wśród wszystkich narodów ziemi!

Archanioł Gabriel ośmielił się ponownie zapytać:

- A co zrobisz, Panie, jeśli ten plan się nie powiedzie?

Po chwili ciszy Pan odpowiedział mu łagodnie:

- Ale Ja nie mam innego planu...

 

Jesteś małą lampeczką, drżącą pośród niezmierzonego mroku. Ale stanowisz część Bożego planu. I jesteś niezastąpiony. Ponieważ nie ma innego planu.

Ideały

Pewien mistrz uczył, że nie można żyć bez ideałów, celu, marzeń. Aby wytłumaczyć nieustraszonemu młodzieńcowi niezbędność ideałów, wskazał mu błękitną linię horyzontu.

- Tam masz dojść, to twój cel!

Młodzieniec szedł szybkim krokiem. Dotarł do pierwszych wzgórz, ale błękitna linia przesunęła się na górski łańcuch. Młodzieniec ruszył w dalszą drogę, ale błękitna linia była już za górami, na końcu rozległej niziny. Rozczarowany wrócił do mistrza.

- Gdy robię dziesięć kroków, horyzont także przesuwa się do dziesięć kroków. Jak długo bym nie szedł, nigdy do niego nie dojdę!

- Tak, tak właśnie jest!

- Po co zatem ideały?

- Właśnie po to, aby cały czas iść.

Kiedy rzeka przestaje płynąć, staje się bagnem. Podobnie dzieje się z człowiekiem.

Drwale       

Dwóch drwali pracowało w tym samym lesie przy wyrębie drzew. Pnie drzew były ogromne, wytrzymałe i mocne. Obaj używali swych siekier z taką samą wprawą, ale każdy z nich używał innej techniki. Pierwszy uderzał w drzewo z niesłychaną wytrwałością, raz za razem, nie zatrzymując się, chyba że tylko na kilka sekund, by złapać oddech.

Drugi co godzinę robił przerwę w pracy.

O zmierzchu pierwszy był w połowie dzieła. Napocił się porządnie i nie dałby rady pracować nawet pięciu minut dłużej.

Drugi, choć to niewiarygodne, kończył ścinanie swego drzewa. Rozpoczęli razem i obydwa drzewa były dokładnie takie same.

Pierwszy nie wierzył własnym oczom.

- Nic z tego nie rozumiem! Co godzinę odpoczywałeś. Jak to możliwe, że skończyłeś tak szybko?

Tamten odparł z uśmiechem:

- Widziałeś, że co godzinę robiłem sobie odpoczynek. Nie zauważyłeś jednak, że wolny czas wykorzystywałem, aby podostrzyć siekierę.

Twój duch jest jak siekiera. Nie pozwalaj mu zardzewieć. Ostrz go trochę każdego dnia.

1. Zatrzymaj się na dziesięć minut, aby posłuchać muzyki.

2. Gdy tylko możesz, spaceruj.

3. Uściśnij każdego dnia drogie Ci osoby i powiedz każdej z nich: „Kocham cię”.

Menu

Statystyki






statystyka

Wyszukiwanie

 

Dzisiaj jest

wtorek,
18 maja 2021

(138. dzień roku)

Święta

Wtorek, VII Tydzień Wielkanocny
Rok B, I
Dzień Powszedni albo wsp. św. Jana I, papieża i męcz.

 

Sonda



Licznik

Liczba wyświetleń strony:
1806621

Zegar